Slowbiznes

Co daje otwartość. Refleksje po roku

Sprawy, nazwijmy je ogólnikowo, „biznesowe” do niedawna nie interesowały mnie zbytnio. Muzyka, teatr, literatura, życie kulturalne – o, to co innego. Zawsze wiedziałam, kto co nowego napisał i do którego teatru warto pójść, bo spektakl ma dobre recenzje.

Jak zaczynali inni

Odkąd rozpoczęłam przygodę z „samozatrudnieniem”, a co za tym idzie ze zdobywaniem zleceń, prowadzeniem ewidencji sprzedaży i wydatków, ścisłą kontrolą budżetu i orientowaniem się (przynajmniej z grubsza) w przepisach, interesują mnie ludzie biznesu, ich historie, rozwój ich przedsiębiorstw i temu podobne sprawy.

Historię firmy André Citroëna, ze względu na wieloletni związek służbowy, znałam bardzo dobrze. Citroën zaczynał od produkcji przekładni daszkowych, na które licencję notabene zakupił w polskim Głownie, potem dorobił się na produkcji pocisków. Ten kapitał pozwolił mu na uruchomienie pierwszej w Europie produkcji wielkoseryjnej samochodów.

Potem jego firma została wykupiona przez firmę Michelin, a później przez rodzinę Peugeotów. Popadł bowiem w długi i nie mógł się z nich wykaraskać. Peugeot też nie od razu był marką samochodową. Początki tego biznesu związane były z produkcją młynków do kawy, soli i pieprzu. Potem portfolio rozszerzyło się na rowery i dopiero później na auta.

Jakie było moje zdziwienie, gdy niedawno dowiedziałam się, że początki innej marki motoryzacyjnej, tym razem z odległego kontynentu, były związane z przetwórstwem korka! Otóż japońska Mazda, mogła zacząć produkcję swoich modeli po wzbogaceniu się na przeróbce kory drzew korkowych, z której produkowano wykładziny podłogowe.

Co daje otwartość

Nie znam historii innych marek, ale na bazie tych trzech przykładów przychodzi refleksja, że odważne myślenie, patrzenie daleko i sięganie po nowe pozwala zajść daleko. Jednym się udaje lepiej, innym trochę gorzej. Ale jest w tym pasja, jest determinacja, upór jakiś.

Nie odważam się przykładać swojej skromnej perspektywy do losów gigantów, lecz z tyłu głowy tli się myśl: dokąd zajdę ja, w swoim „samozatrudnieniu”? Czy uwolnię się od swojego „specjalisty technicznego”, który uczy francuskiego, ogarnia digitale, pisze posty czy inne komercyjne treści, robi zdjęcia? Czy odezwie się we mnie przedsiębiorca, który pracuje nie w swojej firmie, lecz pracuje nad swoją firmą?

Jest dziś 31 stycznia 2020 roku. Rok temu rozpoczynałam samodzielną przygodę. Nie bałam się. Miałam w sobie jakąś ufność i spokój, że to się uda! Nie wiedziałam wtedy, że w ciągu tego roku zrealizuję kilka fajnych projektów kulturalnych, o których marzyłam od lat, że w ciągu tego roku „postawię” dla klienta stronę internetową w czterech wersjach językowych, że będę weryfikować i redagować teksty tłumaczeń, że ukończę warsztaty dziennikarskie dotyczące poprawnej polszczyzny. Nie wiedziałam wtedy, że będę potrzebna koleżankom, kolegom, przyjaciołom realizującym swoje pasje artystyczne i będę mogła pomóc im w upowszechnianiu ich twórczości. Nie wiedziałam też, że postawię swoją własną stronę internetową, na której będę mogła wyłuszczyć swoją „filozofię” slowbiznesu, który uprawiam. Bez pośpiechu, nieszablonowo.

Umiejętność przyjmowania tego, co przynosi życie, oraz otwartość one mi w tym wszystkim pomogły i oby jak najdłużej nadal pomagały.

Nie lubię planować. Planowanie szufladkuje i w pewnym stopniu ogranicza otwartość, która – jeśli umie się ją przyjąć – pozwala rozwijać skrzydła.

Kontynuuję swój lot, przede mną kolejne 366 dni! Trzymajcie kciuki 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *