Notatnik

Czekając na tramwaj

Czekam na tramwaj. Ma przyjechać za pięć minut. Dzień jest chłodny, niebo szare. Niedziela, wczesne popołudnie. Na szerokiej, zazwyczaj ruchliwej ulicy niewiele dziś aut. Na prawym pasie czarny van z pulsującymi światłami postojowymi. Ma szeroko otwarte skrzydła tylnych drzwi. Patrzę nie widząc, bo też nic szczególnego, co by mogło przykuć uwagę, żadnych napisów na budzie. Nic.

Drepczę po przystanku, sprawdzam ile zostało minut do przyjazdu. Razem ze mną czeka też jakaś dziewczyna, dalej stoi kobieta. Lecz mój wzrok omija ich postaci.

Zwracam baczniejszą uwagę na auto na ulicy dopiero w momencie, gdy dwóch mężczyzn kończy wsuwać do wnętrza samochodu nosze. W ostatniej chwili dostrzegam na noszach szarą, grubą folię. Taką w jakiej wynosi się ciało nieboszczyka z domu.

Nie wiem skąd się wzięli, z której bramy wyszli, którędy weszli na jezdnię, kiedy zaczęli te nosze wsuwać. Jakby spadli z nieba. Lub wyłonili z niebytu.

Zatrzaskują drzwi.

Widzę wtedy, że mają na dłoniach niebieskie rękawiczki, które odróżniają się na tle stroju. Ubrani są w ciemne kurtki, ponure jak samochód, którego drzwi się właśnie zatrzasnęły.

Podchodzą na przód furgonetki, od strony ulicy. Jeden – ten większy – jakby szef, otwiera drzwi i z kieszeni w drzwiach wyjmuje plastikową butelkę. Odkręca zakrętkę i polewa jakimś płynem dłonie obleczone w te niebieskie gumowe rękawiczki. Najpierw koledze, potem sobie.

Przecierają ręce zgodnie z zaleceniami sanitarnymi, dokładnie, z namaszczeniem i dosyć systematycznie.

Butelka z powrotem ląduje w kieszeni drzwi, mężczyźni zwinnie wsiadają do wozu, każdy ze swej strony.

Trzask zamykanych drzwi. Światła samochodu przestają pulsować. Ruszają.

Tramwaj, na który czekam, wjeżdża na przystanek.

Banalne, prawda?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *